http://aniadesign.com/
Blog > Komentarze do wpisu

Byłem agentem

Ania po naszym rozstaniu wyjechała do Kopenhagi, skąd nadsyłała listy pisane na maszynie czerwoną taśmą i na niespotykanie cienkim papierze. Ten papier był najbardziej zachodni ze wszystkiego. Dotykałem go, oglądałem pod światło, wąchałem i ważyłem w dłoni. Nigdy czegoś podobnego nie widziałem.

Ania w Kopenhadze poznała Freddy’ego, który podobno był wspaniałym facetem. Rozwodził się właśnie z żoną, ale wciąż mieszkali razem. Ania mieszkała z nimi. W domu były jeszcze dwie córki Freddy’ego i jego żony Lizzy. Był to dla mnie układ niewyobrażalny, ale okazało się, że naprawdę niewyobrażalne miało dopiero nastąpić.

W którymś liście Ania rzuciła pomysł, bym przyjechał do Kopenhagi. Gdzie miałbym mieszkać? Co za pytanie? Naturalnie, z nimi.

Nigdy nie byłem za granicą, nigdy nie byłem na zachodzie, propozycja była więc więcej niż kusząca. Udałem się zatem do Komendy Dzielnicowej Milicji Obywatelskiej, by rozpocząć procedurę załatwiania paszportu. Pierwsze, co trzeba było zrobić, to uzyskać formularz wniosku paszportowego. Myliłby się ten, kto by przypuszczał, że one gdzieś leżały i można je było sobie wziąć. Nie, trzeba się było po nie ustawić w kolejce i wytłumaczyć, po co chciało się jechać. Kopenhaga należała do miejsc podejrzanych. W 1968 roku do Kopenhagi wyjechała z Polski ogromna fala przymusowych emigrantów, którzy nie chcieli z różnych powodów wyjechać do Izraela. Zaopatrzony w pisemko z redakcji ITD, dostałem formularz. Wypełnienie go było nie lada sztuką. Masa pozornie prostych pytań pachniała zasadzką. „Dokładny cel podróży, państwo, miasto.” A co, jeśli mi się zachce wyjechać poza Kopenhagę? Zostanie to potraktowane jako niedopuszczalna niesubordynacja czy świadome wprowadzenie organów w błąd?

Wreszcie przy pomocy bardziej doświadczonych globtroterów wypełniłem formularz, znowu kolejka, papier został przyjęty. Teraz pestka, 4-6 tygodni oczekiwania i będę miał pierwszy w życiu paszport.

Któregoś dnia rano zadzwonił telefon. Odebrała matka, przekazała mi słuchawkę oburzona faktem, że ktoś się nie przedstawił. Męski głos w słuchawce zapytał, czy wybieram się do Danii. Gdy potwierdziłem, stwierdził, że jest taka potrzeba, by ze mną przed wyjazdem porozmawiać. A kto mówi?

-         Niech pan nie udaje – roześmiał się. – Wilk. Porucznik Wilk.

-         To może mi pan przyśle wezwanie?

-         Po co wezwanie? Chce pan, żeby jakiś znajomy pana zobaczył? Spotkajmy się w kawiarni, jak ludzie, nie?

To była moja pierwsza rozmowa tego typu w życiu. Mimo, że się jej jakoś spodziewałem, zaskoczył mnie ten telefon. Spotkaliśmy się w kawiarni Nowy Świat, w południe. Od stolika podniósł się mężczyzna o nijakiej twarzy, w wymiętym garniturze, z serdecznym uśmiechem podszedł do mnie. Zagrałem twardziela, żadne uśmiechy, żadne uściski.

-         Może pan pokazać jakąś legitymację?

-         Oczywiście, a co to? Myśli pan, że ja legitymacji nie mam?

Wyjął jakąś książeczkę z kieszeni, otworzył mi ją przed twarzą.

-         Tu jest napisane Kruk – stwierdziłem. – A pan się przedstawił Wilk.

-         Wilk czy Kruk? Czy panu nie wszystko jedno?

Było mi wszystko jedno. Kruk czy Wilk nie był nachalny. Coś tam chciał ode mnie, ale niczego nie precyzował. Niby mnie trochę straszył, że jak czegoś nie zrobię, to nie dostanę paszportu, ale nie straszył, bo kiedy mu powiedziałem, że na tym wyjeździe właściwie wcale mi nie zależy, gwałtownie zaoponował.

-         Co też pan mówi. Jechać trzeba, trochę świata zobaczyć, rozerwać się. Tam podobno weselej niż u nas. Sam bym chętnie pojechał, ale służba...

Prawie zacząłem mu współczuć. Rozstaliśmy się chłodno. Byłem pewien, że paszportu nie dostanę. Myliłem się. Po paru tygodniach przyszło wezwanie do stawienia się w komendzie MO po odbiór paszportu. Wręczono mi go bez komentarza.

Ania czekała na mnie na dworcu, pojechaliśmy autobusem. Było siódma rano, ulice były jeszcze dość puste. Autobus minął grupę robotników ubranych w nieskazitelnie białe kombinezony. Otwierali klapę włazu do podziemnego kanału. Byłem na zachodzie.

Dwie córki Lizzy i Fredy’ego szalały po całym domu, matka wezwała je na śniadanie. Usiadły przy stole, na stosie gazet leżał pornograficzny świerszczyk. Starsza wzięła go do ręki i zaczęła kartkować. Po chwili podeszła z nim do matki, pokazała jakieś zdjęcie palcem, spytała o coś. Matka jej coś wyjaśniała, razem przeglądały kolejne strony. Mała odłożyła świerszczyk na kupę, zaczęła się kłócić z siostrą o kieliszek do jajek.

Wieczorem Ania zabrała mnie do jakiegoś klubu. Mała salka z jeszcze mniejszą scenką wypełniała się powoli. W pewnym momencie puszczono muzykę, na scence pojawił się właściciel, powiedział coś po duńsku, spośród widowni podniosła się para czterdziestolatków, weszła na scenę. Z zaplecza ktoś wsunął kozetkę. Para rozmościła się na kozetce, on ją zaczął całować, wsunął rękę pod bluzkę, po chwili wydobył na wierzch obfite piersi. Ktoś na sali zaklaskał. Ona była bardziej konkretna. Zdecydowanym ruchem odpięła pasek spodni, otworzyła rozporek i zsunęła spodnie swego partnera do kolan. Oczom widzów ukazał się zwiotczały penis. Kobieta ujęła go w dłoń, zaczęła masować, facet przestał całować jej piersi, gestem pokazał, że nic nie może poradzić. Kobieta nachyliła się, wzięła jego członka w usta, zaczęła ssać, lizać i ruszać głową, jednocześnie gwałtownymi ruchami ściskała jego jądra. Po chwili facetowi porządnie stanął, ona dokończyła ręką, sperma trysnęła na owłosioną pierś mężczyzny. Oklaski nagrodziły ich występ.

Na kozetce pojawiła się inna para, on z siwą czupryną, ona drobniutka, czarnowłosa. On sam zsunął spodnie do kolan, usiadł w rozkroku na kozetce, zaczął masować swego członka, ona podciągnęła spódniczkę, zdjęła majtki, wolno osunęła się na niego, twarzą do publiczności. Jej szeroko rozwarte uda pozwalały dokładnie widzieć wślizgujący się w nią wilgotny członek. Na sali znajdował się chyba jakiś znajomy albo znajomi występującej pary, bo ona od czasu do czasu uśmiechała się zadowolona w jego albo ich kierunku.

Na udzie poczułem dłoń Ani.

-         Chcesz spróbować? – wskazała wzrokiem kozetkę.

-         Następnym razem – pocałowałem ją w szyję.

W domu Ania przeszła z pokoju Freddy’ego do mnie, wsunęła się pod kołdrę.

-         Sprawdź, jaka jestem mokra – wyszeptała.

Tydzień po powrocie z Kopenhagi zadzwonił Wilk albo Kruk, zaproponował spotkanie. Tradycyjnie, w Nowym Świecie, powiedział. Szybko tworzyliśmy tradycję.

Przy kawie opowiedziałem mu o incydencie ze świerszczykiem porno na stole i dziewczynkach z Kopenhagi. Skrzywił się niechętnie. Nieco się ożywił, kiedy mu opowiedziałem wizytę w klubie z występami. Chciał wiedzieć, czy wszystko odbyło się naprawdę, czy zmyślam. Nie zmyślałem. Stwierdził, że to się do raportu nie nadaje. Spytał, czy mam jeszcze inne wrażenia. Zachęciłem go do kupowania ITD, gdzie miałem zamiar opisać swą podróż do Kopenhagi.

poniedziałek, 18 marca 2013, expired

Polecane wpisy